Dzień ostatnio niepodobny do dnia. Mnóstwo treści, tysiąc zmian na minutę. W międzyczasie zasypiam w pół zdania, a Kolega Mąż nakrywa mnie kocem w misie panda.
Po napadzie nagłej narkolepsji równie nagła pionizacja, za którą schował się eskapizm. Zdrowy rozsądek podpowiada, żebym dała spokój. Dają spokój, rzucam okiem na zdjęcie palm z ogrodu botanicznego gdzieś za horyzontem.
Dzisiaj pracuję z domu, co wcale nie oznacza mniej. Wstawiam kolejne divy między dyńkę z ziemniaczkami a opowieści o zebrze. Dorosłość, odpowiedzialność, trudność słowość.
Od przyszłego tygodnia przyspieszenie. I znowu nie mam co na siebie włożyć.
Miesiąc i tydzień, a ja nadal nie wiem. Pyk, pyk, pyk... wydarzenia przesypują się dookoła mnie jako ziarenka piasku w klepsydrze. Tylko, że czasomierz nie działa tak jak ja - krok w przód, dwa w tył.
Kiedyś marzyłam, żeby mieć już różne rzeczy za sobą i być tu, gdzie jestem teraz. Teraz marzę, żeby wszystko było przede mną i chcę być tam, gdzie byłam wtedy.
Najchętniej zaś stanęłabym teraz na brzegu oceanu. Pod powiekami mam to, co chciałabym teraz widzieć. Gdy tylko zamknę oczy, ciepła woda sięga po moje stopy. Pfff...
Raz tu, raz tam. Sama nie mogę się zdecydować, czego i czy akurat tego właśnie chcę. Czy mogę, czy powinam, czy aby na pewno to jest dobry pomysł i czy w tym wytrwam. Wytrwanie w decyzjach i postanowieniach nie jest teraz mocną stroną ludzkości. Ot, życie.
Staram się, jak mogę, uciekać od rozmów o kasie, narzekania, że mniej, że nie ma, że... Z drugiej strony wszędzie atakują mnie reklamy - z blogów szafiarskich, nieszafiarskich, znajomych, nieznajomych, zaprzyjaźnionych bardziej i tych mniej... Ambiwalentnie mi z tym. Dżentelmeni o finansach wszak nie rozmawiają.
Dostaję wysypki na ekshibicjonizm i parcie na kreowanie wizerunku oraz uparte narzekanie. Odbiera mi to energię i radość. Nie dam się.
Na razie zamknęłam archiwum. Zostawiam tutaj to, co powyżej. Nie wiem, co dalej. Może coś, może nic.
Dziękuję za uwagę. Jeśli coś postanowię, na pewno dam znać.